publikacje


Dokument w zagrożeniu.


Jakie kryteria oceny obrało jury obradujące podczas Festiwalu Mediów?
Stefan Czyżewski: W jury znajdowało się czterech profesjonalistów-filmowców (trzech reżyserów i operator) oraz socjolog. Staraliśmy się nagrodzić po prostu dobry film, jednak najpierw wyłoniliśmy obrazy rzeczywiście poświęcone różnym zagrożeniom dla człowieka. Dopiero wtedy skupialiśmy się na ich oryginalnej stronie warsztatowej. Ale mówiąc zupełnie szczerze - trudno było czasami pogodzić te kryteria. Prawie zawsze kulała strona warsztatowa. Twórcy nie dążą do kondensacji wypowiedzi. Na ogół deklaratywna teza jest czytelna już po kilku minutach projekcji. Potem następują wariacje na ten sam temat. Być może to wynik faktu, że filmy powstają z myślą o odbiorcy telewizyjnym. Wiadomo - trzeba widzowi zapewnić czas na zrobienie kawy i powrót przed ekran.

Często długość dokumentu determinowana jest przez format, jaki musi wypełnić.
Stefan Czyżewski: Tak. Ktoś za biurkiem ustala, w jakie okienko można wstawić dokument. Ale równie dobrze w tym czasie można by wyemitować dwa lub trzy dobre, krótkie filmy... Wpływ sformatowania telewizji jest duży i a często też negatywny.

W jakim stopniu nagrodzone dokumenty odzwierciedlały tytuł festiwalu "Człowiek w zagrożeniu".
Stefan Czyżewski: Najbardziej podobał mi się "Konkurs" Macieja Adamka, świetnie obrazujący zagrożenia, jakie niesie ze sobą cywilizacja. Dziewczynki wysyłane przez rodziców na konkursy miss są krzywdzone przez ich (rodziców) nadmierne ambicje. Pęd do sukcesu za wszelką cenę jest wszczepiany dzieciom już w tak młodym wieku. Nakręca się konkurencję, próbuje się dyskredytować przeciwniczki, panują wielkie emocje - te konkursy niczym nie różnią się od profesjonalnych, "dorosłych" konkursów miss. Autor świetnie dobrał bohaterki pod względem socjologicznym: do konkursu stają zarówno dzieci z zamożnych domów, jak i dziewczynki ze wsi, wykonujące ciężkie prace w gospodarstwie. Niezależnie od pochodzenia pragnienie sukcesu jest równie silne. Film jest czystą obserwacją zdarzeń, dziejących się niezależnie od pojawienia się ekipy filmowej, które mają swoje przyczyny, rezultaty i swoją dramaturgię. Z doświadczenia wiem, że częstokroć człowiek z kamerą jest w konfrontacji z rzeczywistością bezradny. Jeśli się nie włączy kamery w odpowiednim momencie, sytuacja już nigdy się nie powtórzy. W "Konkursie" czuło się obserwacyjność kamery, sytuacje nie były wywoływane jej obecnością. "Żywot Michała" jest dokumentalnym zapisem z kilku lat. Michała poznajemy w środowisku alkoholików. Na naszych oczach przechodzi stopniową metamorfozę. Spodziewamy się, że po wszystkich przygotowaniach dojdzie do spotkania ojca z synem po latach rozłąki, że będzie happy end. Tymczasem syn nie chce widzieć ojca. Raptem z ekranu powiało prawdą.

Czasami trudno uwierzyć w świat przedstawiony w filmie...
Stefan Czyżewski: Niestety, czasem fałsz bije z ekranu. Jeśli kamera znajduje się w mieszkaniu bohatera, który wraca do domu i zdejmuje kurtkę, nie jest to ujęcie dokumentalne. Reprezentuję dosyć ortodoksyjną definicję, i nie zawsze uda się taką czystą obserwację przeprowadzić. Ale wprowadzanie jazd czy innych potężnych środków operatorskich zmniejsza wiarygodność dokumentu. Nie zawsze oznacza to, że przedstawione sytuacje są prowokowane, ale w ten sposób tworzy się pewne ramy, które psują moją wiarę w autentyczność świata przedstawionego. A grzechem powszechnie popełnianym są próby wydobycia z bohatera wyznań założonych w scenariuszu. Czasami czuje się, że to, co mówi bohater, jest tak zmontowane, aby koniec końców powiedział, co "ma powiedzieć". Bohater jest prowadzony, nikt nie czeka, aż się otworzy. Kolejnym grzechem telewizyjnej poetyki są przenikania, rozbłyski itp. wtrącane w setki. To chwyty zdyskredytowane poprzez nadużywanie w publicystyce telewizyjnej. Od dokumentu wymagam bardziej subtelnych środków warsztatowych.

Takie praktyki wiążą się przecież z szacunkiem dla bohatera bądź jego brakiem...
Stefan Czyżewski: Niektóre filmy sprawiają wrażenie, jakby od bohatera ważniejsza była idea filmu i reżyser.

Do Jury zaproszono Cię m. in. z racji Twojej profesji. Jak oceniasz poziom technologiczny i warsztatowy filmów konkursowych?
Stefan Czyżewski: Z mojego punktu widzenia poziom tegorocznego konkursu był raczej słaby. W filmie istnieje równoległość dźwięku i obrazu. I o ile w wypadku dźwięku każdy widz, nawet nie związany z zawodem, zauważy, że np. jakość dialogów jest bardzo kiepska, że są zbyt sepleniące, syczące, źle nagrane, to jeśli chodzi o obraz, który czasami bywa nieostry, zły w balansach kolorystycznych i jakoś nie można się dopatrzyć funkcji estetycznej tej degradacji w stosunku do innych płaszczyzn filmu, widz tego raczej nie dostrzeże i będzie taki dokument oglądał. Łatwo mu wmówić, że to taka modna estetyka. Nowoczesne narzędzia, jakimi są małe kamerki, mają także swój pozytywny aspekt. Nie powstałby np. film "Zabić go", w którym operator a jednocześnie reżyser rozmawia w celi z więźniami. Nie musiał ustawiać oświetlenia, wstawiać do tej niewielkiej przestrzeni ogromnej kamery, mógł filmować bohaterów ustawionych na 360 stopni. Przystępność cenowa taśmy magnetycznej powoduje, że można kręcić właściwie cały czas, longiem, licząc, że później da się z tego coś wybrać. Oczywiście ten wybór wygląda różnie... Negatywnym aspektem jest swoistego rodzaju nonszalancja obrazowa, która skutkuje tym, że obraz nie "podnosi" treści, a mógłby ją jakoś skomentować. Mówimy ładnie o nastrojotwórczej roli obrazu, koloru, szczegółu, poetyckości głębi ostrości - a w kamerach cyfrowych ostre jest wszystko: od kurzu na obiektywie poczynając po nieskończoność. Nie można operować planem, głębokością kadru. Szkoda tego, ale wiadomo - coś za coś. Pod względem zdjęć wyróżniłbym "Konkurs". Odnalazłem w nim elementy fotografii, jakiej uczyłem się przed laty: w fabule wszystko musiało być ostre, dokładne, wyważone, zbalansowane kolorystycznie, prawidłowo na eksponowane, a jednocześnie w filmie dokumentalnym dopuszczano miejscowy brak ostrości, niedoświetlenie, zły kadr, słowem: obraz nieinscenizowany, obraz zapisany kamerą obserwującą. Czegoś takiego szukam w dokumencie. Oczywiście, aby stosować taką stylistykę, trzeba świetnie znać środki warsztatowe, za pomocą których można ją uzyskać. W "Konkursie" nie przeszkadzały takie warsztatowe szorstkości.

To smutne, ale należymy do wąskiego grona szczęśliwców, którym dane jest oglądać na festiwalach nowe polskie dokumenty. Przeciętny widz telewizyjny tę szansę ma rzadko.
Stefan Czyżewski: Pomysłem, do którego warto byłoby wrócić, są projekcje filmów dokumentalnych w kinach. Przekonuje mnie do tego olbrzymie zainteresowanie młodzieży, jakim cieszyły się festiwalowe seanse. Wszystkie miejsca, łącznie ze schodami, były zajęte. Reanimowanie filmu krótkometrażowego byłoby także wielką szansą dla absolwentów szkół filmowych, którzy mogliby zrobić własny film od razu po szkole i nie musieliby czekać latami na kosztowny pełnometrażowy debiut fabularny. Wielu dzisiejszych wielkich filmowców zaczynało w łódzkiej Wytwórni Filmów Oświatowych.

Rozmowę prowadziła Irena Gruca.