publikacje


Przypominanie niezapomnianego.
Stałość polaryzacji emocjonalnej w stosunku do zdjęć z II-giej wojny światowej?


   
   Ponad stupięćdziesięcioletnie dzieje fotografii dostarczają historykom niezliczoną ilość fotograficznych zapisów zaistniałych w przeszłości wydarzeń. Zdjęcia te, były zawsze traktowane i wciąż jeszcze są, jako obiektywne dokumenty wydarzeń z przeszłości...
   Wydarzenia, ... lecz na zdjęciach najczęściej przecież są ludzie w wydarzeniach tych działający, ale też równie często, biorący w nich udział także bez możliwości innego wyboru, nierzadko wbrew swojej woli. Zdjęcia przedstawiają ludzi uwikłanych w - chciałoby się powiedzieć - życie, które ślepy los komplikuje bezgranicznie, często stawiając jednostkę w krańcowej sytuacji, z której już nie ma żadnego wyjścia. Historia ludzkości jest nazbyt przepełniona najróżnorodniejszymi rodzajami klęsk i kataklizmów. Z żalem trzeba skonstatować, że ich zdecydowana większość miała miejsce na nasze własne, ludzkie życzenie...
   Wielkie wydarzenia, także te pozytywne w rozwoju kultury i cywilizacji, owocują wielkimi zbiorami zdjęć. To im właśnie, najwięcej zawdzięczamy informacji o ludziach i zdarzeniach. Gwarantem wiarygodności tych informacji jest właśnie wielkość zbioru, bowiem na skutek obecności w wielu fotografiach elementów wspólnych, czyli tych powtarzających się na wielu zdjęciach i poprzez wielokrotność ich występowania, niejako na wyższym poziomie generowana zostaje prawda o całości, umożliwiająca rodzaj syntezy historiozoficznej, zapewniającej możliwość dystansu światopoglądowego. Wiele takich słynnych zbiorów istnieje w historii fotografii, dość wspomnieć np. amerykańską fotografię o tematyce socjalnej doby wielkiego kryzysu gospodarczego, dokumentującą ruinę farmerów ("Farm Security Administration"1) , czy też dokonywany przez brytyjskich socjologów zapis obrazu życia klasy robotniczej ("Mass Observation2") . Ale tego typu zbiory, to zbiory zorganizowane "odgórnie", systematycznie wykonywane przez profesjonalistów, według z góry założonej tezy, a przecież fotografia od dawna towarzyszy ludzkiej codzienności, także w tragicznych momentach zawieruch dziejowych, a będąc wykowywaną przez amatorów, rejestrujących otaczającą ich rzeczywistość, jest taką fotografią, jaka jest owa rzeczywistość wraz z ludźmi jacy w niej działają. Zdjęcia takie wykonywane są bowiem bez umiejętnej - często według z góry założonej doktryny - selekcji motywów, bez estetyzującego kadrowania, itp. - bez manipulacji... Ten rodzaj zbiorów fotografii wydaje się być prawdziwszym dokumentem, zapisem danego otoczenia i przemijającego czasu, także jego tragicznych momentów. Nie można oprzeć się przekonaniu, że najwięcej zawdzięczamy takim właśnie zbiorom zdjęć. O wartości ponadczasowej zdjęć ludzi pisała kiedyś U.Czartoryska: "Prawda zawarta w tych świadectwach staje się misją, zaś dokumentacja życia społecznego przejmuje funkcję moralitetu, albo zgoła wizji Apokalipsy, (...)"3.
   Mamy przed sobą bliskie powyżej scharakteryzowanym, analogiczne względem siebie, zbiory zdjęć..., czy są zestawieniem, czy konfrontacją?
   Autorem jednego jest żołnierz niemiecki, obergefreiter Helmut Riemann - wykonał go podczas ofensywy w Polsce i we Francji, a potem już w czasie kampanii na terenach Związku Radzieckiego, gdzie poległ w marcu 1942. Riemann, który służył w łączności jako telegrafista, utrwalał na zdjęciach zniszczenia pozostawione przez wojska niemieckie, fotografował kolegów w czasie postojów, ale także mijające go kolumny jeńców wojennych.
   Drugi zbiór jest dwuczęściowy.
   Autorem jednej z części jest ppor. dr Czesław Elektorowicz - lekarz batalionowy i jeden ze zdobywców Monte Cassino. Jego fotografie przedstawiają pobojowiska u stóp klasztoru Św. Benedykta, codzienność żołnierską, jak też oficjalne, czy wręcz świąteczne momenty, do jakich należy np. msza polowa.
   Autorem drugiej jest Tadeusz Szumański fotoreporter 2 Brygady Pancernej armii polskiej na Bliskim Wschodzie. Fotografie jego pochodzą zarówno z obozów szkoleniowych jak też wykonywane były w trakcie działań wojennych we Włoszech.
   Miejscem ich wspólnej ekspozycji pomiędzy czerwcem, a wrześniem 2004, było Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, kuratorem wystawy zatytułowanej "Przełamywać bariery, budować mosty", był kustosz Andrzej Rybicki.
   60 lat, prawie trzy pokolenia... to czas jaki upłynął od wydarzeń zarejestrowanych na zdjęciach prezentowanych na tej wystawie. Czy jest to wystarczający dystans, abyśmy oglądali te zdjęcia bez jakiejkolwiek emocjonalnej polaryzacji? Czy możemy zajmować wobec tych fotografii tylko postawę poznawczą, poszerzoną ewentualnie o elementy perspektywy estetycznej? Jeśli tak, to jak ustosunkować się do własnych jakości emocjonalnych, towarzyszących każdemu przeżyciu estetycznemu, skierowanych do przedmiotu wywołującego owo przeżycie, kulturowo ukształtowanego i nacechowanego wartościami kontekstu, w jakim już jako przedmiot estetyczny funkcjonuje i wraz z tym kontekstem, w całości stanowi o sile tego przeżycia? A co począć z tzw. treścią przedstawioną, bezpośrednio zdenotowaną?
   Wydaje się, że łatwiej jest nam ustosunkować się neutralnie do zdjęcia jako przedmiotu fizycznego - mając na uwadze li tylko jego formę podawczą, czyli w tym przypadku, już jako do obiektu przeszłości, ... jego powiedzmy "archeologicznej" wartości, tj. zaświadczania o cechach stylu danej fotografii w tamtych czasach, o poziomie technologii i aspektach techniki fotograficznej...
   W całości trudny to proces... i chyba nie do końca możliwy. Zdjęcie bowiem jest zawsze pewną zintegrowaną całością, i chociaż mamy świadomość warstwowości jego budowy, to w danym akcie percepcji, nawet w wyspecjalizowanym - w sensie poziomu kompetencji kulturowych - odbiorze, niemożliwa jest redukcja fazy denotacji. Dzieje się tak z powodu oczywistych dla fotografii uwarunkowań ikonicznych, a stawiane powyżej pytania można by w tej sytuacji, zastąpić jednym: czy w takim razie perspektywa ikonologiczna jest dla tych fotografii możliwa do zredukowania?
   Wydawać by się mogło, że tak, przecież w stosunku do zdjęć funkcjonujących w innych kontekstach niż powstały, a są to tzw. "zdjęcia sprzed lat", następuje zmienność odczytywania ich znaczeń, zwłaszcza, używając języka semiologicznego, znaczeń konotowanych, nawet jeśli założymy ciągłą i niezmienną czytelność ich znaczeń denotowanych, tj. tych wynikających z przedstawienia bezpośredniego. Oczywiste zmiany znaczeń, na obu tych poziomach, wynikają ze zmiany kontekstu, w jakim funkcjonuje dane zdjęcie, zwłaszcza w perspektywie historycznej, która wymusza przemiany w systemie oczekiwań, jak też w sposobach samego odbioru danego zdjęcia, jego nowych, i już innych odbiorców.
   Przedmiotem niniejszych rozważań jest jednak sytuacja zmiany systemu oczekiwań, bez zmiany znaczeń denotowanych. Czyli że dane zdjęcie zachowuje jednoznaczność odczytania treści przedstawienia, tzn. na poziomie ikonicznym, lecz równocześnie odmieniają się reguły i sytuacje konotacyjne.
   Jest aż nadto oczywiste, że w stosunku do materiałów ikonograficznych dotyczących wydarzeń okresu II wojny światowej, trudno nawet po przeszło pół wieku o stosunek pozbawiony emocjonalnej polaryzacji, zwłaszcza w jakichś określonych specyfiką doświadczenia indywidualnego, jednostkowych przypadkach. Jest jednak równie oczywistym faktem, że w szerszej skali społecznej, w uwzględnieniu obecnej sytuacji społeczno-politycznej istnieje rodzaj dystansu, z którego owa emocjonalność polaryzacji wydaje się być nieomal całkowicie zredukowana. Dziś oglądając te zbiory podlegamy mechanizmowi psychologicznemu, który lakonicznie, ale jakże trafnie opisał Roland Barthes analizując fotografie z wojny w Nikaragui:
   "Zrobiono na tym obszarze tysiące zdjęć i mogę oczywiście odczuwać ogólne zainteresowanie tymi zdjęciami, czasem przejęcie, ale te emocje przychodzą do mnie za rozumowym pośrednictwem mojej kultury moralnej i politycznej. To, co odczuwam wobec tych zdjęć, pochodzi z uczuć średnich, prawie z tresury."4
   Powyższa dedukcja, jak i opinia Barthes'a postulują, że zdjęcia Riemann'a i Elektorowicza, współcześnie jakby znaczą coś innego. Dlaczego tak się dzieje? Przecież żołnierze Wermachtu, jak też II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, są na tych zdjęciach tymi samymi żołnierzami, tak samo też cały kontekst, w jakim się znajdują. Czy mamy tu do czynienia z rodzajem przymusu kulturowego, czy też funkcjonują tu innego typu mechanizmy? Z pewnością jest to proces złożony, zależny od odmiennych elementów, wyznaczony przez wiele różnorodnych w swym rodowodzie faktów, jak też heterogeniczności obszarów, na których zaistniały.
   Wspomnieć należy przypadek, historycznego już dziś, listu biskupów polskich do biskupów niemieckich, ale w 1965 roku jakże kontrowersyjnego z uwagi na przesłanie "o przebaczeniu i prośby o przebaczenie". List ten postrzegany był wtedy jako przedwczesny, lecz powszechna już aprobata gestu pojednania jaką było przekazanie "znaku pokoju", przez H.Kohla T.Mazowieckiemu podczas mszy świętej w Krzyżowej, w 1990 roku, zaświadcza o względności diachronii procesów historyczno-kulturowych. Zaświadczają o tym również i inne fakty, np. działania fundacji Pojednanie i wypłaty odszkodowań za przymusową pracę dla nazistowskich Niemiec - również powszechnie zaakceptowane z obu stron, a faktycznie dokonane przecież o kilkadziesiąt lat za późno...
   Jednakże należy też unikać uproszczeń w wyjaśnianiu obecnej sytuacji zdjęć Riemanna i Elektorowicza, treścią banalnego przysłowia o czasie jako najlepszym lekarzu, bowiem nie o zapomnienie tu chodzi!
   Starając się unikać powierzchowności, nie możemy się jednak uwolnić od uwikłań tych fotografii w problematykę czasu. Jak na wszystkich fotografiach, tak i na tych, świat na nich przedstawiony przybiera pozycję przeciwstawną jego naturze, której podstawową cechą jest zmienność. Obraz świata jest zatrzymaniem, nie podlega ewolucji i przeobrażeniom, w przeciwieństwie do rzeczywistości zarówno tej przyrodniczej, jak i cywilizacyjnej, w przeciwieństwie do ciągle ewoluującej kultury i zmienności nastrojów emocjonalnych odbiorców, niezależnie od napięć na linii: subiektywność - obiektywność odbioru. Meritum fotografii - swoiste constans powoduje, iż jest ona zamknięta, a jej skończoność oznacza domknięcie momentu czasu, w którym powstała. Każda już potem chwila i cała przyszłość stanowią dla owego constans jedynie względne dopełnienie. Względne, gdyż późniejsze - czyli pod względem czasu, względne, gdyż w innej sytuacji funkcjonujące - czyli pod względem kontekstu kulturowego, względne, gdyż przez innych odbiorców oglądane - czyli pod względem odmiennych uwarunkowań emocjonalnych innych odbiorców....
   Wszystko to, jako rodzaj nawarstwienia, ciąży także nad fotografiami tej wystawy stanowiąc nieredukowalny balast, z którym jednak powinniśmy potrafić się uporać. Obciążenia owe są trudnym kontekstem konotacyjnym - nawet po 60 latach. Starsza o sto lat amerykańska wojna domowa Północy z Południem nie wytwarza dla nas takich mocnych polaryzacji - nie znamy, w sensie zobiektywizowanym poprzez powszechność doświadczenia, jej kontekstu geopolitycznego, ale też nie identyfikujemy się z żadną ze stron. Podobny mechanizm funkcjonuje współcześnie np. w stosunku do kolejnych wojen afrykańskich, mimo "transmisji na żywo" ich trudnowyobrażalnego okrucieństwa - nie wywołują one w nas aż tak mocnej polaryzacji. Pojęcie eks-marksistowskie, wojen sprawiedliwych i niesprawiedliwych, staje się także nieodpowiednie w dystansie czasowym i geopolitycznym, tj. przy braku odpowiednich danych w świadomości odbiorców, danych, prelimitujących percepcję. Pozostaje jedynie kontekst kulturowy, który w szerokiej perspektywie szukając elementów odrębnych i indywidualnych dla danej kultury - siłą rzeczy - anektuje też wszystko to, co określane jest przez rozróżnialność tożsamości językowej, czyli narodowej, czyli ... nacjonalistycznej?
   Ludzkie panowanie nad odgórnym i ideologicznym sterowaniem społeczeństwami zawodziło już tak wiele razy w historii, i właśnie o tych tragicznych momentach nie wolno nam zapominać. Nie wolno nam zapominać także o źródłach tworzących, czy też sprzyjających tworzeniu tak katastrofalnych często polaryzacji pomiędzy kulturami, narodami, ludźmi...
   Wystawa ta, stanowiąc zestawienie tych dwóch zbiorów obok siebie, poucza o rzeczy kardynalnej dla problemu. Otóż jeśli nie przezwyciężymy, jeśli nie pokonamy źródeł tych polaryzacji, nigdy nie będziemy przekonani, że 60, czy 600 lat wystarczy, aby na wojnę spojrzeć jako na tragedię społeczeństw zwykłych ludzi, którzy zmuszeni byli do brania w niej czynnego udziału, często nie reprezentując poglądów tych, co tę wojnę wywołali i prowadzili z centrum dowodzenia, inni zaś, często uczestniczyli, czując się wyzwanymi właśnie do obrony własnej odrębności. Wystawa ewokuje także pytanie: co i kto jest odpowiedzialny za to, że tym ludziom przeznaczone było przywyknąć do surrealnej wręcz codzienności, w której przestali kalkulować, że mogą w każdej chwili zginąć. Zdjęcia te w większości, prezentują sytuacje, w których normalne codzienne zachowania wyzwalają normalne zwykłe ludzkie reakcje, jakby koszmar wojny, w którym tkwili ludzie na nich sfotografowani, w ogóle ich nie dotyczył.
   Mimo że zestawy się różnią, polski jest dość oficjalny - zwłaszcza zdjęcia z gen. Andersem, poza tym, jest z jednego miejsca, niemiecki z wielu miejsc, z kilku lat, zakończony najtragiczniejszym z możliwych - zdjęciem grobu autora, to obraz wojny na nich prezentowany jest podobny. Zaświadczają o jednej uniwersalnej prawdzie. Zwykli ludzie, którzy są "podstawą" wszystkich armii, jako zwykli żołnierze, są tacy sami. Przeżywają radości doraźne dnia codziennego, tragedie chwil wydarzeń potwornych, etc. Przeżywają dokładnie w ten sam sposób... jakby ta cała wojna była gdzieś obok i ich nie dotyczyła, ... bo tak w istocie było, poprzez systemy polityczne i machiny rozpętanej władzy zostali zmuszeni do uaktywnienia się w zabijaniu i narażaniu się na bycie zabitymi... Nie zatracili jednak, i zdjęcia te to udowadniają, istoty swego zwykłego człowieczeństwa.
   Powyższe uwagi zaklasyfikować można, że sformułowane zostały - raz jeszcze zacytujmy R.Barthes'a - "(...) za rozumowym pośrednictwem (...) kultury moralnej i politycznej."5
   Taki też był ogólnie przyjęty, nie tylko w oficjalnych kręgach, wydźwięk ekspozycji, zarówno w Polsce jak i w Niemczech. W projekt wystawy zaangażowany był Prezydent miasta Krakowa prof. dr hab. Jacek Majchrowski i Konsul Generalny RFN w Krakowie, pani dr Maren Klingler. Oboje w swych wernisażowych wystąpieniach wyrażali stanowisko, którego wydźwięk był zgodny z "klasyfikacją" Barthes'a. Wychodzący w Essen dwujęzyczny "Dialog" szeroko prezentował zarówno samą wystawę, jak i jej ideowe przesłanie. Z Essen właśnie pochodzi zbiór niemieckich fotografii, tam też mieszka i działa Olaf Eybe, polonofil i przewodniczący Niemiecko-Polskiego Towarzystwa Kulturalnego, który doprowadził ze strony niemieckiej do finału wystawę, dostarczając zbiór zdjęć przekazanych mu przez rodzinę Riemann'a. W swym artykule w 68 numerze "Dialogu" napisał:
   "Zur gemeinsamen Geschichte von Deutschen und Polen gehört das Kapitel, in dem sich viele unserer Väter beziehungsweise Großväter mit der Waffe in der Hand gegenüber standen. Cutte nachbarschaftliche Beziehungen können nur entstehen, wenn man die Vergangenheit nicht ausklammert. Nachdem die zerstörten Brücken nun wieder aufgebaut sind, gilt es die Brücken auch zu betreten und den Austausch zwischen Deutschland und Polen voranzutreiben. Polen hat seine Wohnung im gemeinsamen EU-Hochhaus frisch besogen. Jetzt gilt es, nicht grußlos 5n den Nachbarn vorbeizugehen."
   Zacytujmy fragment opinii Prezydenta miasta Krakowa, J. Majchrowskiego ze wstępu do katalogu wystawy:
   "Dziś możemy powiedzieć, że budowane od wielu lat polsko-niemieckie dzieło pojednania, (...) przywraca wiarę w nasz wspólny dorobek i świat wartości. W dzieło to wpisujemy się dziś my wszyscy współpracując ze sobą i budując zjednoczoną Europę."7
   Także samo pani Konsul, dr Maren Klingler swym wpisem do Księgi Pamiątkowej wystawy, wyraziła analogiczne stanowisko:
   "Den Initiatoren in Deutschland und Polen gratuliere ich herzlich zu dieser Ausstellung, die anhand historischer Photos aus der Sicht eines deutschen und eines polnischen Soldaten den Kriegsalltag in all seinem Grauen in Mittelpunkt rückt.
   Dass eine solche Ausstellung überhaupt möglich wurde, veranschaulicht aber auch, welch weite Strecke Deutsche und Polen auf dem gemeinsam zu gehenden Weg der Aussöhnung bereits zurückgelegt haben. Diese Ausstellung ist ein wichtiger Baustein für die Brücken, die wir gemeinsam bauen wollen, um an die jahrhundertealte gute Nachbarschaft zwischen unseren beiden Völkern erneut anzuknüpfen.
   Krakau, Juni 2004 J.            Dr. Mären Klingler, Generalkonsulin der BRD in Polen" 8

   Wiele z uwag jakie wpisywali do Księgi odwiedzający wystawę, także prezentuje deklaratywne wręcz "rozumowe pośrednictwo kultury", np.:
*"Wojna okrutna - [Przełamać Bariery, budować mosty] myśl słuszna"9
*"Let by gone be by gone! Zapomnijmy o wojnie, budujmy wspólne życie!"

*"Wystawa [Przełamać Bariery, budować mosty] posiada głębokie wartości humanistyczne w pojednaniu narodów".
   Nie oznacza to jednak, że taka postawa jest obecnie powszechna, o czym świadczy całościowy kontekst odbioru prezentowanej w Krakowie wystawy. Zastrzegając niepełną obiektywność źródła informacji jakie stanowi zwyczajowa, towarzysząca wystawie księga pamiątkowa, to zauważyć wypada, że dokonane tam wpisy pozostawili jednak ludzie, którzy w tym czasie zdjęcia te obejrzeli, ujawniając tymi wpisami swe poglądy. Przytoczmy kilka fragmentów z odmiennych komentarzy:
*" (...) To zderzenie dwu wizji stanowi chyba główną wartość wystawy, ale ma zgoła inną wymowę." (inną niż tytuł wystawy, sc)
*"Patos a'la [porozumienie] nie jest na miejscu i z perspektywy młodszego pokolenia niepotrzebny."
*(wystawa, sc) "Mówić może o przebaczeniu, lecz nigdy o zapomnieniu."
*" (...) po jednej stronie frontu były komory gazowe i (...) pokazana na zdjęciach symetria frontowego doświadczenia rozsypuje się (...)"
*" (...) te mosty to jakaś nachalna ideologia, którą wpycha się Europejczykom( ...)"
*"Cała wystawa jest wyrazem tendencji do fałszowania historii - rzekomego [budowania mostów] - nieprawdziwych, bo zbudowanych na zatajaniu faktów, bądź fałszowaniu ich wymowy."
* "A jednak w świecie ludzkiej kultury i historii nie wszystko daje się porównać. Trochę za dużo tu ekumenii."
   
Obie perspektywy widzenia problemu stosunków polsko-niemieckich - nazwijmy je "kulturową" i "emocjonalną", krakowska wystawa tylko ujawniła, w rzeczywistości tkwią one przecież w istocie natury ludzkiej i trudno się dziwić, że wyłoniły się przy tej okazji. Są to jednak stanowiska krańcowo spolaryzowane. Czy jednak można je pominąć zgodnie z regułą opracowywania danych statystycznych nakazującą odrzucenie stanowisk krańcowych i badanie szerokiego "obszaru centrum"? Traktując tymczasowo to pytanie jako retoryczne, nie można pozostawić jako otwartą, kwestię owego centrum. Czy ono w ogóle istnieje i jeśli tak to czym się charakteryzuje?
   Z pokaźnej ilości wpisów do księgi można wnioskować o znaczne zredukowanym poziomie owej polaryzacji, lub też nawet o całkowitym jej braku, np.:
* "Wstrząsający obraz tamtych dni - dobrze że pozostały zdjęcia jako dokument i świadectwo."
* "Wstrząsający obraz bezsensu wojny i tragedii ludzkich"
* "Wojna - największy nonsens i głupota ludzkości - niestety nie istnieje na razie remedium na ten rodzaj choroby."
   
Powyższe przykłady ujawniają, dość oczywistą w stosunku do takiego obszaru tematycznego jaki prezentowała wystawa, postawę pacyfistyczną. Nadmienić jednak należy, że pacyfizm ten ma charakter uniwersalny, nie jest zniekształcony "podziałem na strony" typu: "my i oni", "najeźdźcy i najechani", ... itp. Zaświadcza o kulturowym dystansie, z jakiego opinie powyższe zostały sformułowane. Kulturowym, ale jednocześnie i czasowym...
   W społeczeństwie polskim, w którym praktycznie trudno było w końcu lat czterdziestych znaleźć rodzinę, dla której represje II wojny światowej i jej skutki byłyby obce, a stan ten trwa praktycznie do dziś, ale wówczas, przy braku perspektywy czasowej, tego i jakiegokolwiek innego rodzaju pacyfizm był przecież praktycznie nieobecny, więcej - w ogóle niemożliwe było jego zaistnienie. "Nie my rozpoczynaliśmy tę wojnę" - tego typu hasło usprawiedliwiało wszystko, cokolwiek działo się "po stronie MY" i trudno w tamtych warunkach wymagać wymierzania bezodwetowej sprawiedliwości i formułowania obiektywnej oceny faktów.
   To nie jest tylko - co oczywiste - problem polsko-niemiecki. Taki kontekst "tuż po wydarzeniach" zawsze wymuszał, wymusza i wymuszał będzie, polaryzację emocjonalną zaangażowanych - nawet pośrednio - weń uczestników. To jest rodzaj mechanizmów "obronnych" funkcjonujących niezależnie od kulturowej woli człowieka.
   Potrzeba więc czasu, ale... czy tylko czasu? Przecież, jak to wyżej już zostało nadmienione, to nie tylko zapomnienie jest jedynym źródłem wygaśnięcia emocjonalnej polaryzacji. Co zatem jeszcze? To jest już następne pytanie..., ale by nie pozostało - jako kolejne - retorycznym, spróbujmy więc powrócić do Wystawy. Właśnie tego typu wspólne, prze obie strony dawnego konfliktu organizowane, przedsięwzięcia, upubliczniane i jak najszerzej rozpowszechniane w obu społeczeństwach, przyczyniać się będą do wymuszania owej rozumowej perspektywy kulturowej odbioru minionych wydarzeń i redukcji polaryzacji emocjonalnej w ich ocenie. To, że proces ten jest w trakcie jego rozwojowego trwania, zaświadcza treść zdecydowanie najobfitszej części wpisów do Księgi, których autorzy nie oceniają przedstawianych faktów, nie próbują zajmować "słusznego" względem nich stanowiska, oni po prostu traktują zdjęcia ikonograficznie, np.: ujawniając pretensje wobec organizatorów wystawy o brak w podpisach szczegółów dotyczących czasu, miejsca, rodzaju wydarzenia, itp. Traktują więc prezentowane fotografie wręcz czysto poznawczo, starając się wejść w trakcie ich odbioru na maksymalnie poszerzony obszar ich ikonograficznego odczytania, zapewniając sobie tym samym ochronę przed ikonologiczną interpretacją, jakby w obawie aby jej dominacja nie spowodowała emocjonalnej polaryzacji. Zapoznajmy się z kilkoma z nich:
* "Fajne zdjęcia tylko żeby na którymś był jakiś podpis..."
* "Brak opisów, rozumiem trudności, ale chociażby przybliżoną datę i miejsce."
* "Szkoda, że nie ma bardziej szczegółowych objaśnień, co (zdjęcia) przedstawiają i gdzie były wykonane."
* "Szczególnie razi brak jakichkolwiek komentarzy i podpisów."
* "(...) - żałuję, że brak jest opisów fotografii."
* "Brak opisów, podpisów fotografii (...)"
* "Jest OK. ale brak komentarza to duży minus."
* "Bardzo żałujemy, że zdjęcia nie zostały opatrzone podpisami (...)"

   Zastanawiający jest powód odczuwania niedosytu faktograficznych danych jakimi można by opatrzyć tego typu zdjęcia. Czyżby dystans czasowy spowodował odczucie już tylko "historyczności" tych fotografii, której wyznacznikiem jest przyporządkowanie obrazom szczegółów kontekstu sytuacji, które prezentują? Czy brak spodziewanych w analogicznych kontekstach szczegółów, w konfrontacji z takimi oczekiwaniami oglądających, właśnie na tej płaszczyźnie powodował jakiegoś rodzaju konflikt, czy też dyskomfort percepcyjny? Jest to z pewnością jeden z powodów. Świadczy o tym częściowo styl językowy fragmentów przytoczonych powyżej wpisów, niestety śladowo zauważalny w częściach cytowanych zdań. To właśnie młode pokolenie odwiedzających najczęściej prezentuje takie "historyczne" stanowisko.
   Stanowisko to ma wiele cech wspólnych z barthes'owskim "studium" - postawą wobec zdjęcia, w której dominuje odbiór jego wartości informacyjnej, generowanej na skutek działania mechanizmów ikonograficznych, które zawsze faworyzują funkcje referencjalną, z natury rzeczy odnoszącą się do rzeczywistości zewnętrznej wobec ikonicznie prezentowanego na obrazie przedstawienia. To właśnie w takim przypadku, jeśli brak jest informacji o kontekście zewnętrznym, następuje utrudnienie, a nawet uniemożliwienie procesu odebrania i zrozumienia obrazu, który przecież odsyła do rzeczywistości zewnętrznej, a ta jest nieznana! Konstatacja o tego typu zależności tłumaczy przeważające w komentarzach uwagi o niedosycie informacyjnym, typu: kto, gdzie, kiedy...?
   Całościowo traktując zachodzące zależności tego typu, dość łatwo jest sformułować wniosek o nikłym - w tego typu przypadkach - emocjonalnym podkładzie procesów percepcji zdjęć na wystawie, a nawet do całkowitej jego redukcji. Celem pokreślenia tych mechanizmów zacytujmy dość odosobnioną opinię:
* "Dobry materiał dla modelarzy i zainteresowanych II wojną światową."
   
Ale też pośród wpisów jest miejsce na barthes'owskie "punktum":
*"The most frightening photo is the first one, where German soldiers SMILE. I didn't know they were capable of that.10"
   Punktum, studium, perspektywy: kulturowa i emocjonalna, ..., to tylko próby wąskiego sklasyfikowania postaw odbiorców zdjęć na wystawie - w rzeczywistości postaw bardzo zróżnicowanych i często nasyconych indywidualnymi niuansami, które wykraczają poza granice jakiejkolwiek kategoryzacji. Nie jest też celem niniejszych rozważań "rozwarstwianie" postaw jakie zajmowali oglądający krakowską wystawę ludzie, ani szczegółowa ich prezentacja. Nie jest też celem wyprowadzenie z zaistniałych faktów wniosków ogólnych, które można byłoby traktować jako uniwersalne prawa dla mechanizmów kultury.
   Powodem powstania powyższych rozważań jest próba zwrócenia uwagi czytelników na poziom komplikacji percepcji tego typu obrazów fotograficznych, których - z uwagi na stopień ich ikoniczności - realizm przedstawiania, wymusza różnorodne, w większości pozaświadome uwarunkowania postaw odbioru.
   Powracając do dotychczas retorycznego pytania o sens uwzględniania tylko szerokiego "obszaru centrum" prezentowanych stanowisk i odrzucania tych krańcowych, nie sposób nie zauważyć, że tragiczną byłaby sytuacja, w której istniałyby tylko stanowiska krańcowe. Cenną niezwykle i pozwalającą z nadzieją oczekiwać dalszego jej rozwoju, jest sytuacja, w której wielość postaw i różnorodność stanowisk wyznacza szerokość kulturową opisywanego zjawiska, wraz z ich krańcowymi wariantami, które dzięki temu przestają być postrzegane jako jedynie słuszne.
   Próbując abstrahować od konkretu krakowskiej wystawy, trudno jest formułować oryginalne wnioski... Tematyka ta wydaje się być wręcz całkowicie wyeksploatowaną, spróbujmy więc wyjść raz jeszcze od treści wpisów do Księgi Pamiątkowej.
* "Patrząc na ruiny jakiegoś domu wydaje się obojętne kto i przeciw komu go wysadził."
* "Wojna pozostaje okrucieństwem bez względu na to, kto ją wywołuje i dlaczego. Śmierć ludzka pozostaje - w każdych warunkach - tragedią bezwzględną."
   
Powyższe opinie to coś więcej niż tylko deklaratywny pacyfizm. Spróbujmy dostrzec w nich komplementarne w stosunku do zdjęć z wystawy przedłużenie humanistycznego protestu przeciwko wojnie i zabijaniu, eksploatowanego w całej historii sztuki i literatury. Dość wspomnieć straszący czaszkami obraz W.Wiereszczagina Apoteoza wojny, dedykowany wszystkim zdobywcom: przeszłym, współczesnym i przyszłym..., czy monumentalny cykl akwafort Los desastres de la guerre F.Goyi, także wcześniej - J.Callot we Francji, w Polsce - A.Grotger, w Niemczech - O.Dix, we Francji P.Picasso, to tylko kilka przykładów "zuniwersalizowanego" protestu przeciwko konfliktom, krucjatom, okupacjom... Ciekawe, że w literaturze trudniej znaleźć przykłady takiego zuniwersalizowanego protestu, Wielka wojna białych ludzi A.Zweiga, czy bodaj najsłynniejsze w tym kontekście Na zachodzie bez zmian E.Remarque'a, stanowią nieliczne wyjątki. Wszystkie literatury narodowe przepełnione są tematyką wojenną - nie sposób, jako reprezentatywnego przykładu, nie wspomnieć Wojny i pokoju L.Tołstoja, ale prawie zawsze prezentowana ona jest w perspektywie martyrologicznej, narodowowyzwoleńczej, czy podobnej, silnie zdominowanej przez układ polaryzacji "my - oni". Dzieje się tak dlatego, że język danej kultury jest praktycznym ograniczeniem jej ekspansji, będąc równocześnie gwarantem jej odrębności. Powoduje to swego rodzaju hermetyczność, która sprzyja polaryzacji postaw emocjonalnych uczestników tej kultury, nieświadomych swej zamkniętości i ..., niestety dość często nieobiektywności.
   Patrząc szerzej na powyższy problem, temat wojny w kulturze jest - niezależnie od perspektywy jego prezentacji - powszechnie obecny w dziejach ludzkości od niepamiętnych czasów. W księgach starego testamentu również dominuje ta tematyka, pomimo jednoznacznych zapisów, że prawo Boże chroniło życie ludzkie i potępiało wszelkie gwałty. Biblijne dzieje Izraela, to jednak dzieje wojen i podbojów, klęsk i sukcesów, ale właśnie to sam Bóg był zaangażowany po stronie narodu wybranego.
   "Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, (...) czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, (...),(...) czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju".11
   
Fragment Księgi Koheleta wydaje się w pierwszym czytaniu zaświadczać o nieuchronności swoistej naprzemienności rozwoju dziejów kultury, cywilizacji, ... świata? A w Boskim wymiarze, z Jego perspektywy, może także i wszechświata!
   Z naszej, ziemskiej perspektywy trudno przyjąć takie fragmenty Biblii jako niekwestionowalne. Nasz rozwinięty humanizm ośmiela nas do wyrażenia swego rodzaju votum separatum względem obiektywizmu sensu cytowanego fragmentu i więcej, wręcz zaprotestowania przeciwko treści Słowa Bożego! Istota człowieczeństwa jest przecież zintegrowana z szeroko rozumianymi: humanitaryzmem, pacyfizmem...
   Praktyka historii pokazuje niezbicie, że to jednak Bóg w Swoim Słowie ma rację....
   Czyżby wynikał z tego wniosek, że wojny są nieuniknione, ponieważ stanowią dla ich uczestników próbę przetrwania i zarazem są wyzwaniem do obrony własnej tożsamości i kultury, a wygrane - stają się gwarantami jej zachowania. Czyżby więc procesy te przebiegały w zależnościach analogicznych jakie opisane zostały w badaniach nad ewolucją? Lecz zasada, że "wygrywa najsilniejszy i ten tylko przetrwa", jest nawet na gruncie ewolucji biologicznej uproszczeniem zagadnienia. Próba zaaplikowania tej zasady do badań obszaru ewolucji kultury jest jawnym nieporozumieniem.
   Bogactwo kultury jest bowiem prostym rezultatem ilości odmiennych jej form, a nie dominacją pośród nich, jakiejś jedynej, tylko doraźnie - jak często pokazuje praktyka historii - najwłaściwszej.
   Wystawa "Przełamywać bariery, budować mosty" podjęła trudną próbę upowszechniania powyższej idei, czyniąc to - jak dotąd - nawet z dużym sukcesem. Oczekiwać wypada dalszych losów projektu jakie kształtować będzie ekspozycja Wystawy w Essen, w maju 2005.

Łódź, 2005-03-03

ELEKTOROWICZ:

 




SZUMAŃSKI:

 
 

RIEMANN:

 

 


1Twórcą projektu, od 1937 znanego jako "Farm Security Administration", był profesor ekonomii Roy E. Stryker, związany z Roosevelt'owskim "New Deal", wynajmował profesjonalnych fotografów których zadaniem było dokumentowanie sytuacji socjalnej farmerów. Byli to m.in.: W.Evans, D.Lange, A.Rothstein i wielu innych. P.Turner: History of Photography. Bison Books, Twickenham 1987, str.120 i następne. Por. J.Lacourture, F.Ritchin [w] W.Manchester: In Our Time. The World as Seen by Magnum Photographers, str. 26, 27. W.W.Norton & Company, New York London 1989
2Twórcami projektu zapoczątkowanego w 1937 roku byli poeta Charles Madge i antropolog Tom Harrisson. W zamiarach miała to być dokumentacja totalna oparta na biernej obserwacji i notacji jej efektów. Posługiwano się różnorodnymi narzędziami: zapiski, notatki, formy literackie, malarstwo i co oczywiste - fotografia, wszystko to, co może zachować dla późniejszych badań szeroko pojęty obraz życia społeczeństwa. Fotografowali w ramach tej akcji m.in. H.Spender i H.Jennings. "Camerawork" nr 11, 1977. Half Moon Photogrphy Workshop, Londyn. Wg. A.Sobota: Obserwacja mas. "Obscura" nr 8 (18) 1983, str. 17 - 28.
3U.Czartoryska: Portret fotograficzny - duchowość i cielesność. [w] Portret. Funkcja - Forma - Symbol. Materiały Sesji Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Toruń XII 1986. PWN Warszawa, 1990 str.36
4R.Barthes: Światło obrazu. Uwagi o fotografii. Wydawnictwo KR, Warszawa 1996. str. 45, 46
5R.Barthes, cyt.wyd.
6 "Do wspólnej historii Niemców i Polaków należy rozdział, w którym wielu naszych ojców czy dziadów stało naprzeciw siebie z bronią w rękach. Dobre sąsiedzkie stosunki mogą powstać tylko wtedy, gdy nie pominie się przeszłości. Po odbudowaniu zburzonych mostów trzeba jeszcze przez nie przejść i patronować wymianie między Niemcami i Polaka. Polska świeżo wprowadziła się do swojego mieszkania w bloku Unii Europejskiej. Teraz już nie można przechodzić obok sąsiadów bez powitania." O.Eybe: Ein ganz besonderer Auftrag, "Dialog" nr 68 (2004), str. 79
7Przełamywać bariery, budować mosty, katalog wystawy, Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, str. 7
8"Serdecznie gratuluje inicjatorom tej wystawy w Niemczech i w Polsce; wystawy, która w oparciu o historyczne zdjęcia wykonane przez niemieckiego i polskiego żołnierza ukazuje codzienność wojenną z całym jej okrucieństwem. Fakt, ze taka wystawa byłą możliwa do pokazania uzmysławia nam, Jak daleki odcinek na drodze do pojednania pokonały już wspólnie Polska i Niemcy. Wystawa ta stanowi ważny fragment mostu, który wspólnie chcemy zbudować, aby nawiązać do wielowiekowych dobrosąsiedzkich stosunków łączących oba nasze narody. Kraków czerwiec 2004 r. Dr Mären Klingler, Konsul Generalny R F N w Polsce"
Wpis do księgi pamiątkowej wystawy w MHF w Krakowie, czerwiec 2004.
9Wszystkie cytaty w tekście, rozpoczynające się * pochodzą z wyłożonej w trakcie trwania wystawy Księgi Pamiątkowej, dokładna lokalizacja niemożliwa - brak paginacji
10"Najbardziej przerażające zdjęcie jest to pierwsze, na którym niemieccy żołnierze uśmiechają się. Nie wiedziałam, że byli do tego zdolni."
11 ST - Koh. 3, 1.2.3.7.8 Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. III poprawione, Pallottinum, Poznań - Warszawa 1982, str 737